90-244 Łódź, ul. Jaracza 95/97 tel. +48 42 678 04 73, fax: +48 42 679-06-46

Tag: Świadectwo

Miałam myśli samobójcze

Chwała Panu! Ja się nawróciłam niecały rok temu. Pochodzę z rodziny katolickiej ale całe rodzeństwo mojego taty to są ludzie nawróceni, którzy wielokrotnie mi głosili ewangelię. Zawsze chodziłam co niedzielę do kościoła, mówiłam rano i wieczorem pacierz, ale Boga znałam tak jakby od martwej strony. Byłam też związana z pewnym chłopakiem, który mnie zostawił. To było ponad rok temu. Ze mną było po prostu coraz gorzej, popadłam w depresję, brałam non stop leki na uspokojenie, prawie nie jadłam. Na niektóre zajęcia w ogóle przestałam chodzić, bo już nie miałam siły. Byłam tak wykończona fizycznie i psychicznie, że po prostu nie dawałam sobie rady. Codziennie dzwonił do mnie wujek i głosił mi o Bogu, codziennie się modlił za mnie. Mówił mi, żebym oddała życie Bogu, żebym zaczęła czytać Pismo, że to mnie posili i odmieni całkowicie moje życie. Pewnego razu zabrał mnie nawet na grupę domową, która mi się bardzo spodobała. Bardzo mi się podobało to, jak ludzie spotykają się, rozważają Słowo Boże i rozmawiają o Bogu. Ale jednak tutaj w Łodzi nie znałam żadnej takiej grupy, do której mogłabym trafić. I pewnego razu żona wuja znalazła mi numer kościoła tutaj w Łodzi. Ona kompletnie nie wierzyła, że pójdę ale ja już byłam tak załamana…

Pomimo mojego wieku musiałam się na nowo narodzić

Nazywam się Zofia. Pochodzę z rodziny katolickiej. Słuchając przez wiele lat Słowa Bożego, czytając wydawnictwa religijne myślałam, że jestem blisko Boga. Ale ciągle mi było Boga brak, ciągle szukałam. Jezus to widział i poprowadził mnie drogą doświadczeń. Trudnych,… Read More

Podczas lotu samolotem zastanawiałem się jakie to życie jest kruche

Chwała Bogu! Odkąd pamiętam zawsze chodziłem do tego kościoła i byłem wierzący. Moja rodzina też jest wierząca. I zawsze wiedziałem o Bogu, gdzieś o Nim słyszałem, kierowałem się Jego zasadami, choć jak byłem mniejszy nie zawsze to było… Read More

Chodziłam do kościoła, bo trzeba…

Jestem Natalia, pochodzę z Terespola, mam 16 lat. Urodziłam się w rodzinie chrześcijańskiej. Moja mama nawróciła się, kiedy miałam dwa lata. Zaczęłam chodzić do kościoła, kiedy miałam cztery lata. Wtedy przyjęłam Jezusa do swojego serca – takie szczere serce dziecka. Wtedy zmarł mój tata i to był trudny czas dla mojej rodziny, ale kościół bardzo pomagał mojej mamie, finansowo i duchowo. Nie odczułam wtedy za bardzo braku ojca, bo za długo z nim nie przebywałam. Miałam też wtedy czas na pogłębienie mojej relacji z Bogiem, pomimo mojego młodego wieku. Byłam wtedy bardzo aktywna w kościele, śpiewałam w chórze z dziećmi, chodziłam na szkółki, jeździłam na obozy – rozwijałam się duchowo.  A potem nadszedł czas kiedy musiałam się przeprowadzić do Łodzi z powodu małżeństwa mojej mamy. I wtedy zaczęły się schody.

Córka podarowała mi Biblię z dedykacją

Chwała Panu! Mam na imię Marek. Urodziłem się i wychowałem w rodzinie, która nie była specjalnie wierząca. W każdym bądź razie o Bogu nigdy się w mojej rodzinie nie rozmawiało. Sam zresztą też się nie zastanawiałem, czy Bóg istnieje. O Bogu zaczęła mi mówić moja żona, która trzy lata po naszym ślubie została Świadkiem Jehowy. Mówiła, że istnieje Bóg, że przecież cały wszechświat ktoś musiał stworzyć i jeśli nie uwierzę w Boga to zginę w Armagedonie. Myślałem sobie, że może i dobrze – na świecie jest tyle zła, niech to wszystko się skończy. Żyłem teraźniejszością – praca, rodzina, zwykłe sprawy dnia codziennego. Nie szukałem Boga, dlatego uważam, że to Bóg mnie odnalazł.

Urodziłam się w rodzinie podzielonej religijnie

Urodziłam się w rodzinie podzielonej pod względem religijnym. Mój tata właściwie w ogóle nie wierzył w Boga a ja wraz z mamą od najmłodszych lat chodziłam do organizacji Świadków Jehowy. Mówiono nam, że więź z Bogiem można nawiązać poprzez modlitwę, chodzenie na zebrania, czytanie Biblii i innych publikacji, co też starałam się czynić. Często jednak nie dawałam rady co sprawiało, że obarczałam się wyrzutami sumienia. Nigdy nie miałam aspiracji głoszenia od domu do domu, jednak mimo młodego wieku zawsze pragnęłam tej bliskiej więzi, przyjaźni z Bogiem. Pamiętam, że chodząc na zebrania z mamą, zazdrościłam dzieciakom, które siedziały między rodzicami i wychowywały się w tzw. przykładnych rodzinach, bo ja tego nie miałam. Zdarzało mi się płakać wieczorami, kiedy myślałam, że tata i brat mogą zginąć w Armagedonie. Chciałam, żeby również oni uwierzyli w Jehowę. Niekiedy odnosiłam uczucie smutku i pustki, sądząc, że moje życie jest bezsensowne i bezcelowe.

Bałam się zbliżającego się Armagedonu

Chciałabym w kilku zdaniach opowiedzieć Wam drodzy bracia i siostry jak to było z moim nawróceniem się. Wychowałam się w rodzinie tak zwanych niepraktykujących katolików, jednakże o Bogu zawsze dużo mówiła mi moja babcia będąca Świadkiem Jehowy.  Mówiła, że tutaj na ziemi będzie kiedyś piękny raj, ludzie będą doskonali, wszystko będzie tak jak na początku, ale najpierw będzie straszna wojna zwana Armagedon, w której zginą wszyscy, którzy nie służą Jehowie.

Sylwestrowe świadectwa

W ostatni dzień 2008 r. zebraliśmy się w zborze, by podziękować Bogu za to, czym obdarzył nas w minionym roku. Każdy mógł podzielić się świadectwem – było ich wiele. Wybrane nagrane a następnie spisane publikujemy poniżej.

Piotr: Chciałbym wam krótko opisać dziesięć lat mojego życia z Bogiem. Dziesięć lat temu, kiedy tutaj przyszedłem, pamiętam, że czułem się tu bardzo dobrze, bo społeczność ludzi, którą poznałem przypominała mi bardzo społeczność z pewnego filmu – „Przystanek Alaska”. Urzekło mnie, że ludzie w różnym wieku mają wspólną płaszczyznę porozumienia pomimo, że tak wiele ich różni. Zacząłem czytać Słowo Boże i pierwsze słowo, które do mnie dotarło, to była rzecz niesamowita – dowiedziałem się, że kiedyś pobuduję dom.

Misja w Meksyku

Słońce, pustynny krajobraz, egzotyczna roślinność, kolorowe stroje – z tym zazwyczaj kojarzy się Meksyk. Jest to bardzo ciekawy kraj. Wydawać się może, że życie tam jest sielankowe, czas płynie wolniej i jest spełnieniem marzeń – niestety nie wszędzie. Nie ma takiej rzeczy na świecie, która mogłaby dać prawdziwe i pełne szczęście – to znajdziemy tylko w Jezusie Chrystusie!
W dniach 3-10 sierpnia 2008 r. miałam przywilej pojechać na misję do meksykańskiego sierocińca  Rancho do Sus Ninos nieopodal miasta Tijuana. Udałam się tam wraz z grupą wierzących z jednego z kalifornijskich kościołów Assemblies of God. Przed wyjazdem mieliśmy spotkania, na których przygotowywaliśmy się praktycznie i duchowo. Nasz pobyt tam to nie były wakacje czy łatwa praca.  Pobudka wcześnie rano, śniadanie, chwila dla siebie, cztery godziny pracy na budowie w pełnym słońcu (kopanie w suchej i twardej ziemi, przygotowywanie fundamentów, mieszanie cementu z piaskiem i kamieniami). Wspaniale mieć świadomość, że w domach, które wybudujemy, będą mogły mieszkać potrzebujące dzieci. Następnie długo oczekiwany obiad i prysznic. W Meksyku nie wolno pić wody z kranu a do mycia dziennie mogliśmy zużyć jedno wiaderko wody. Prąd był dostępny od piątej rano do dziesiątej wieczorem, przez resztę doby generator jest wyłączany. Dla ludzi, którzy mają te wszystkie rzeczy bez ograniczeń, jest to prawdziwa szkoła przetrwania i niezła lekcja pokory oraz wdzięczności za to co się ma!